Chodzi po mieście takie paskudztwo, które powoduje ból mięśni, gorączkę i, przede wszystkim, nieodpartą chęć zwrócenia posiłków z mijającego tygodnia.

Najpierw dopadło moją ślubną. Po pół doby mnie, po następnej połowie – siostrę ślubnej, która akurat u nas była. Kolejną ofiarą stała się teściowa, też miała pecha nas wizytować. Na tym lista ofiar się zakończyła, więcej dorosłych w domu do zarażenia nie było.

Wspominam o dorosłych, bo jedyną osobą, która oparła się zarazie była moja pięciomiesięczna córeczka. Ichwałabogu, opieka nad chorym dzieckiem, kiedy człowiek sam jest półprzytomny, to byłby hardcore. Tym bardziej, że w jej przypadku w grę wchodziłaby pewnie hospitalizacja.

Sądząc po objawach i wysokiej zaraźliwości, dopadły nas rotavirusy. Niemowlę można na nie zaszczepić. Nie jest to obowiązkowe, za to kosztuje.

Czterech na czterech dorosłych zachorowało. Jedno szczepione pięciomiesięczne dziecko pozostało żwawe i wesołe. Można uznać, że kasa na szczepionkę  była dobrze wydana.

Reklamy