Od kiedy okazało się, że nie można przekroczyć prędkości światła, science-fiction, a w szczególności jej odmiana zwana space operą ma problem. To znaczy, space opera ma od początku problem, bo jako gatunek powstała już po sformułowaniu teorii  względności.

Wypracowano kilka sposobów radzenia sobie z ograniczeniem prędkości. Najprostszym, najpopularniejszym i stosowanym już przez samego Isaaca Asimova rozwiązaniem jest koncepcja skoku podprzestrzennego. Albo nadprzestrzennego, jak kto woli. Uzbrojeni w technikę pozwalającą dokonywać skoków kosmiczni marynarze bez większych problemów podróżują pomiędzy kosmicznymi portami, obserwując  przez wizjery gwiazdy rozmazujące się w linie proste, jak to w „Gwiezdnych Wojnach”. Pozwala to znacząco przyspieszyć fabułę.

Innym popularnym rozwiązaniem jest hibernacja. Jak w „Obcych”, gdzie Ripley i jej koledzy wychodzą z jakichś szafek, gdzie przebywali w stanie anabiozy. Także i to rozwiązanie pozwala fabule toczyć się wartko. Nieuniknione rozejście się czasu życia podróżującego bohatera i czasu ojczystej planety pozwala autorowi na dodatkowe twisty, znane choćby z „Wiecznej Wojny” Haldemana.

Mam duże braki jeśli chodzi o lekturę s/f. Chyba jednak nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że najrzadziej wykorzystywanym pomysłem na międzysystemowe podróże jest  statek wielopokoleniowy. Wsiadają do takiego ludzie, którzy wiedzą, że nie dożyją końca podróży. Na pokładzie, który zawiera wszelkie udogodnienia, płodzą dzieci, uczą je obsługi całej maszynerii i umierają. Po iluś tam pokoleniach potomkowie pierwszej załogi mają zejść na nowy ląd. Musi być przykład, więc proszę: „Non Stop” Aldissa.

A gdyby tak naprawdę dało się zbudować taki statek, kim mogliby być pierwsi załoganci? Ludźmi na tyle zdesperowanymi, by na skazać się na pobyt w zamkniętej przestrzeni do końca życia i to samo zafundować swoim dzieciom i wnukom. Z tym pierwszym nie powinno być problemów. Oferta, której przyjęcie pozwala pozbyć się, dosłownie, wszelkich ziemskich trosk w zamian za dożywotni wikt i opierunek nawet dziś przyciągnęłaby setki tysięcy chętnych. A co dopiero w dystopijnej przyszłości! (czemu dystopijnej? a czemu nie).

Problemem przy rekrutacji byłoby pewnie odsianie wszelkiej maści nieudaczników i charakteropatów. Albo raczej tych, których rodzaj nieudacznictwa i charakteropatie stanowiłyby zagrożenie dla misji, bo tak czy inaczej całkowicie normalni by się pewnie nie zgłosili.

Albo taki pomysł na powieść – charyzmatyczny religijny guru przekonuje swoich wyznawców, że Ziemia jest już nieodwołalnie potępiona i ich misją jest zasiedlić nową planetę, wskazaną przez Boga za pośrednictwem astronomów. Wtedy cała załoga to jedna sekta, ożywiona jednym duchem. Przy okazji, rozwiązuje się problem potomstwa – rodzice dzieci urodzonych na pokładzie byliby święcie, nomen omen, przekonani, że zrobili to, co dla dziatków najlepsze.

Kimkolwiek jednak będą pierwsi zamustrowani, ktoś urodzony dużo później może dojść do wniosku, że to był kiepski pomysł. Nawet w sekcie może zdarzyć się jakiś heretyk czy, nie daj boże, ateista. Co wtedy? Gdybym umiał, opisałbym w książce.

 

Aktualizacja.

Kilka godzin po napisaniu tego tekstu zaglądam na gazeta.pl, a tam:

Odkrycie planety Kepler 22-b jest sensacją. Na powierzchni tej planety nie jest ani za zimno, ani za ciepło. Warunki do życia teoretycznie są w sam raz – mówi w rozmowie z TOK FM o odkryciu nowej planety Karol Wójcicki z planetarium Niebo Kopernika. Jednak tak szybko do niej nie dotrzemy. Problemem jest odległość. ”Ziemia 2.0″ oddalona jest od nas o 600 lat świetlnych. – Na razie nie umiemy dolecieć dalej, niż kilka godzin świetlnych.

Już wiadomo, gdzie lecieć i jak daleko.

 

Reklamy