Stanisław Bereś powiedział:

Przed paru laty kręciłem dla telewizji reportaże w Australii i na Tasmanii.
Rozmawiałem między innymi ze znanym antropologiem polskiego pochodzenia, który
obecnie wykłada na uniwersytecie w Sydney. Uczony ten spędził sześć lat z
plemionami na Nowej Gwinei i opowiedział mi sporo historii, które przeczą
racjonalistycznemu obrazowi świata. Podam drobny przykład: nie będąc jeszcze w
pełni członkiem ich plemienia, wybrał się z nimi na polowanie. W trakcie marszu
jeden z tubylców oderwał się nagle od grupy i zaczął biec w kierunku osady. Gdy
antropolog zapytał pozostałych, co się stało, usłyszał, że dziecku tego człowieka grozi
śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdy dopytywał się, skąd mogą o tym wiedzieć,
wzruszali ramionami i mówili, że przecież wszyscy wiedzą. Notabene gdy wrócili po
tygodniu z polowania, okazało się, że dziecko ledwie przeżyło ciężką chorobę. Mój
rozmówca był zbulwersowany tymi zdolnościami Papuasów, więc by go przekonać,
najstarszy myśliwy plemienia zapowiedział, że pierwszy ptak, który zostanie przez nich
upolowany w czasie najbliższego polowania, nie będzie miał lewej nogi. Zapowiedź
się sprawdziła co do joty, ale nikt z plemienia nie był nawet zdziwiony. Po prostu było
wiadomo, że tak będzie. Jestem ciekaw, czy jako zakamieniały sceptyk odrzuca pan
tego typu relacje.

A Andrzej Sapkowski mu odpowiedział:

Zdarzają się takie wypadki. Jak długo istnieje ludzka kultura, tak długo w
pierwotnych społecznościach istniała instytucja szamana czy maga. Nie wydaje mi się,
żeby zaspokajała ona wyłącznie psychiczną potrzebę posiadania w plemieniu kogoś,
kto byłby pośrednikiem pomiędzy ich grupą a światem rządzonym przez nieznane im
siły. Oczywiście, szaman był potrzebny przede wszystkim w sytuacjach, które dla nas
są dzisiaj zupełnie oczywiste i niegroźne: ostrzegał przed burzą, wichurą czy wylewem
rzeki. Ale wtedy zawsze rodzi się kolejne pytanie: kto i dlaczego zostawał szamanem?
W ludzkiej naturze przecież, obok skłonności do oszukiwania, o czym już
wspomniałem, jest także bardzo duża doza nieufności, niedowierzania i potrzeba
poddawania wszystkiego krytycznej refleksji. Taki szaman, gdyby pomylił się choćby
ze dwa razy w swoich przepowiedniach, dostałby po prostu w głowę maczugą. Tak
więc musieli istnieć ludzie rzeczywiście dysponujący szczególnymi zdolnościami, bo
wszystkiego nie mogli zainscenizować.
Proszę jednak pamiętać, że wszystko, co mówię, to są rozważania pisarza, w
dodatku reprezentującego fantasy. Nie mam nic na obronę swoich tez.

Cytaty są z wywiadu, wydanego w formie książki, który historyk literatury Stanisław Bereś przeprowadził z pisarzem Andrzejem Sapkowskim. Wywiadowany pisarz konsekwentnie pokazuje się jako sceptyk, który na wiarę nie przyjmuje nic, ani opowieści o Edenie, a ani magicznych umiejętności indyjskich fakirów. I wtem, ni stąd ni zowąd grzecznie akceptuje bzdurną historyjkę o paranormalnych uzdolnieniach Papuasów.
Mimo wszystko, wierzę, że Sapkowski rzeczywiście ma w zasadzie sceptyczny światopogląd. Tylko dlaczego w takim razie tak łatwo uwierzył w historyjkę o nowogwinejskich łowcach?
Myślę, że po pierwsze dlatego, że sprzedał mu ją człowiek uznawany przezeń za poważnego. No, niepoważnemu nie udzielałby chyba długiego wywiadu? Po drugie, ten poważny człowiek podawał mu ją za fachowcem, znanym antropologiem polskiego pochodzenia, który obecnie wykłada na uniwersytecie w Sydney.
Czyli nie byle kim.
Moment, tylko dlaczego znany australijski antropolog polskiego pochodzenia nie ma imienia ani nazwiska? To pierwsza wątpliwość. Historia zaczyna się jak klasyczna legenda miejska: „koledze mojego znajomego przydarzyło się…”. Czyżby Bereś ściemniał? Niekoniecznie. Możliwe, że znany polskiego pochodzenia rzeczywiście istnieje i wykłada w Sydney. Tylko, że kiedy opowiadał o tej przygodzie Beresiowi, to przydarzyła się nie jemu, ale jego równie uczonemu koledze z Melbourne. Albo doktorantce kolegi. Czyli w sumie nie wiadomo komu. Bereś pominął ten szczegół, jako dla sprawy nieistotny. Albo wręcz o nim zapomniał.
Możliwe też, że wywiadowca Bereś relacjonuje Sapkowskiemu rzetelnie. Antropolog istnieje, wykłada, i w samej rzeczy był na Nowej Gwinei. Być może nawet był świadkiem opisywanych scen. Możliwe? Oczywiście.
W wielu zapadłych dziurach miejscowi lubią sobie robić jaja z przyjezdnych. Zapewne, także Papuasi mają poczucie humoru. Muszą je mieć, skoro ubierają metrowe tutki na penisa. Opowieści o paranormalnych zdolnościach mogą być właśnie rezultatem takiego poczucia humoru, zwykłym żartem. Oprócz tego, że rozbawiają, pozwalają zaimponować bogatemu i przemądrzałemu białasowi.
Co do Sapkowskiego, całe szczęście, że swoje dywagacje o szamanach podsumował ostatnim zdaniem w zacytowanym fragmencie. Jednak sceptyczny kręgosłup ma tylko nadwerężony, nie złamany.
Zdjęcie rozbawionych Papuasów
Na zdjęciu: mieszkańcy Nowej Gwinei czytają Journal of Anthropology

Reklamy